24 grudnia 2013

A tej weny to chyba sobie życzyłam... (czyli 13-tego w piątek #1)

I znowu nie pisałam jakiś czas, i znowu uzbierało się trochę zaległości (a nawet można by rzec, że całkiem sporo). Kilka postów rozpoczętych czeka aż je łaskawie doszlifuję i wstawię, a ja albo nie mogę wydobyć tych "kilku" minut w ciągu dnia, albo zwyczajnie mi się nie chce... A jak już mi się zachce, lub dojdę do wniosku, że "wypadałoby" to opcje są dwie:
1. piszę dosłownie parę słów
2. wena mnie nawiedza w najmniej oczekiwanym i odpowiednim momencie (na zegarze wybiła właśnie 3:07)

Choć święta za pasem, to będę raczej oryginalna i nie planuję na ich temat się rozpisywać, bo - jak co wytrwalszym czytelnikom wiadomo – świąt nie lubię i od zeszłego roku (ani poprzedniego i jeszcze wcześniejszego zresztą też) nic się w tej kwestii nie zdążyło zmienić.

Co się działo piątek 13-tego? Intensywny dzień, nawet bardzo. Przeszło 16 godzin non stop na wózku w jednej pozycji, nawet na najwygodniejszym fotelu do komfortowych nie należy jednak. A tu trzeba odprowadzić Szyszka do szkoły uwzględniając oczywiście po drodze wszelkie "Nie chce mi się iść", "Zapomniałem czytanki/piórnika/stroju na w-f (niepotrzebne skreślić)", "Zoooobacz jaki super motor" itd. itp. Potem z wywieszonym jęzorem lecieć do pracy i od 8 do 14 nie mieć czasu nawet na wyjście do toalety, albo (za przeproszeniem) siedzieć na dupie i nie robić nic - zależy od dnia i ilości zleceń.
No ale wracając do piątku... Po pracy ledwo zdążywszy na czas wparowałam do szpitala na oddział dziecięcy. Wyprzedzając pytania - nikomu nic nie jest, wszyscy zdrowi - wyczekujcie #2 a wszystko będzie jasne. Tak jak wpadłam, tak i wypadłam tuż przed 18 ze szpitala, szukając po ciemku możliwie jak najkrótszej drogi do gdańskiego Instytutu Kultury Miejskiej gdzie odbyła się organizowana przez trójmiejskieblogi.pl Wigilia Blogerów. Był to mój debiut wśród blogowej społeczności w realu (trochę masło maślane wyszło, ale wiadomo o co chodzi). Jak było? Super atmosfera, fajni ludzie, pyszne jedzonko (paszteciki handmade i kawa przywołały do porządku me burczące wnętrzności i opadające już z lekka powieki)i jak na prawdziwą wigilię przystało - prezenty (od sponsora - firmy Ziaja). Zdjęć nie robiłam (nie wiem czemu). Jeśli już koniecznie chcecie zobaczyćjak się bawiliśmy zajrzyjcie na bloga Asi (strafarodziny3miasto.blogspot.com), która uwieczniła to i owo (nawet moja facjata się na fotkę załapała); i obejrzyjcie filmik z trójmiejskimi życzeniami od blogerów dla blogerów (fejm musi być - a co! :D )

***

3 komentarze:

  1. Kala kobitko jak może się nie chcieć pisać!! Jak jest o czym to zawsze choć na koniec dnia się chwilę znajdzie i pisz słonko, bo Ty bardzo ciekawie piszesz. I zaglądaj czasem do mnie. Ściskam mocno!!

    OdpowiedzUsuń
  2. A już o tym, KTO Cię zaciągnął na wigilię blogerską, dzięki komu tam się znalazłaś, to ani słowa...:P

    OdpowiedzUsuń
  3. Cześć! Znam ten ból z weną zachodzącą człowieka od tyłu w najmniej oczekiwanym momencie. Napisałam nawet przewrotny tekst, że odkąd prowadzę bloga, przestałam uprawiać seks, bo może akurat wtedy przyjdzie mi do głowy pomysł na wpis wszech czasów, a głupio tak chłopu tłumaczyć, że właśnie muszę do długopisu i karteczki :) Fajnie piszesz. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń