[wdech... wydech...]
Wchodzę do kuchni (w chałupie rodzinnej) już gdzieś podświadomie wiedząc co mnie tam spotka.
Jednym okiem łypię na zlew i czym prędzej je zamykam.
[wdech... wydech...]
- góry garów w obu komorach mogłyby śmiało stanąć w konkury choćby ze Śnieżką (1602m n.p.m), ale nic...
[z trudem powstrzymuję pawia]
Robię w tył zwrot mając resztki nadziei, że może kuchenka... albo stół chociaż wyglądają jako tako...
[naiwnaś kobieto jak mała dziewczynka]
Staram się poskromić ten armagedon, mając oczywiście na względzie, że przez resztę pomieszczenia również przeszedł "Ksawery" co najmniej, najprawdopodobniej nie oszczędzając też łazienki.
[wdech... wydech...]
W tym domu mieszka dwoje dorosłych (matka i R.), i dwóch nie całkiem już małych chłopców (czyli Sajgonek z Kubeluszem), ale przecież:
- nie ma po co zmywać, a jak już zabraknie sztućców, kubków tudzież talerzy - zawsze można zjeść z półmiska, a napić się prosto ze dzbanka, prawda?
- brudnych naczyń po jedzeniu nie wstawia się do zlewu, tylko zostawia z resztkami na stole lub przy komputerze (o zgrozo) - przecież same tam trafią, głupie nie są...
- jeśli już jakimś cudem znajdą się one w zlewie, to po co je spłukać i ustawić jedno na drugim, skoro jak Karolina będzie zmywać to może sobie poukładać (żeby móc w ogóle wykonać jakiś ruch), namoczyć, albo zeskrobywać pół godziny zaschnięty sos spagetti z jednej miski?
- wypijając herbatę, lub kawę nie ma sensu machnąć ręką i wyrzucić torebkę/fusy skoro można rzucić kubkiem (bo do zlewu przecież - o co ty masz babo pretensje w ogóle?) byle jak - niech sobie pływa wszystko naraz...
- gotując, nie wrzuca się przypraw do garnka, tylko obsypuje wszystko wkoło (czerwono zielona kuchenka to w końcu nie to samo co biała - taki design nowoczesny)
- coś upadło? rozsypało się? rozlało? - przewróciło się, niech leży...
- kosz pełen śmieci? żaden problem... - zawsze można rzucić papierek obok
- a może skończył się papier w łazience? - przynajmniej będzie ubaw jak ktoś pójdzie za potrzebą...
[wdech... wydech...]
Takich sytuacji niestety mogłabym napisać jeszcze sporo... Nie jestem pedantką, nie wszystko u mnie lśni, ale na takie coś patrzeć nie mogę. Czasem mówię, tłumaczę, proszę... A czasem sprzątam to ze świadomością, że dosłownie za chwilę będzie znów to samo... i szlag mnie trafia...
[wdech... wydech...]
Tak to jest, ludzie nie raz myślą, że samo się zrobi, tylko dziwi mnie to, bo przecież w takim syfie nie można funkcjonować.
OdpowiedzUsuńMasz przerąbane Kalu, ale ja na Twoim miejscu nic bym nie ruszała, ewentualnie "wyparzyła" sobie jakąś jedną łyżkę kubek czy garnek. Bo jak Ty będziesz im sprzątać, to oni nigdy tego nie zrozumieją.
W sumie to Ci się Kaluś nie dziwię. Chyba też bym wyszła z siebie, gdybym zobaczyła taki sajgon w domu. Ale wiesz jak to jest - z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu. Pozdrawiam i nie daj się!
OdpowiedzUsuńJa to się dziwię że pozmywałaś . Nie tknęłabym choćby miało pleśnią pozarastać
OdpowiedzUsuńJa też do pedantek nie należę, ale wprost się we mnie ,,gotuje'' kiedy czasem ledwie co zdążę pozmywać, a w zlewie ląduje np. nóż, który wystarczyłoby wytrzeć lub opukać i odłożyć czy to na suszarkę czy do szuflady..
OdpowiedzUsuńśliczny blog. zapraszam w moje progi
OdpowiedzUsuńAż chce sie napisać; skąd ja to znam? Wracając do domu nie wiem w co ręce włożyć.;)
OdpowiedzUsuń