9 września 2011

Ja wiedziałam, że tak będzie....

Wczoraj po ponad 1,5 miesięcznej przerwie, stawiłam się w przychodni w celu "terapeutyzowania się". Już od środowego wieczora miałam potężnego nerwa, ale starałam się nie nakręcać i jakby na przekór wszystkiemu wierzyć, że będzie w porządku. Podjechałam sobie wcześniej na spokojnie (obok mojego domu wyburzają budynek i musiałam jechać trochę na około niezbyt wygodną trasą, więc wolałam zarezerwować trochę więcej czasu na dojazd niż zazwyczaj). Po odczekaniu chwili zostałam poproszona o wejście do gabinetu. Kobieta nie sprawiała wrażenia przyjaznej, a raczej twardej i konserwatywnej, toteż mimo, że starałam się z góry nie uprzedzać, niepokój na powrót wkradł mi się do głowy, ale ok, myślę sobie "zobaczymy co dalej". Rozmowa była... dziwna, karty mojej oczywiście uprzednio nie przejrzała nawet pobieżnie (nie wiem czego ja się spodziewałam w tej kwestii...)zadawała jedno pytanie i czasem nim zdążyłam odpowiedzieć wyskakiwała z inną kwestią, bo akurat coś tam sobie doczytała w międzyczasie z notatek poprzedniej psycholożki. Dłuższą kwestią okazała się być osoba mojej matki i ojca (Déjà vu miałam jak nic - wszystko to, co jej powiedziałam oczywiście w karcie czarno na białym było). Podczas całej rozmowy babka miała taki wyraz twarzy jakby to co robi było dla niej bardzo nieprzyjemne, a praca była (delikatnie mówiąc) przykrą koniecznością. Zadaniem okazał się być "dzienniczek uczuć" - spełzły na niczym moje tłumaczenia, że z poprzednią terapeutką próbowałyśmy już tej formy, i że na nic się ona zdała (podałam oczywiście też powody i pokazałam w swoim "terapeutycznym kajecie" jak to wychodziło - w karcie oczywiście nie raczyła doczytać), ale i tak ona swoje (czemu znów mam poczucie, że sie cofam...?). Sama wizyta trwała niecałe 40 minut (gdzie standardowo to 45 minut do 1 godziny) okazało się, że mogę przychodzić raz na 3 tygodnie, wyłącznie w godzinach południowych, a jest to po 1 jest zbyt rzadko (zwykle było to raz na tydzień, a i regularność jest dla mnie ważna) a po 2 godziny południowe odpadają, zwłaszcza teraz jesienią gdzie częściej pada (potem do tego jeszcze pewnie śnieg dojdzie). Wówczas muszę niestety korzystać z pomocy w dotarciu gdziekolwiek, a przecież ktokolwiek by mi nie pomagał ma swoją pracę czy szkołę i w tych godzinach zwyczajnie nie może mi pomóc.
Krótko mówiąc ręce mi opadły poniżej kostek i ogólnie jest marnie (żeby nie powiedzieć do d***py) - mam jeszcze umówioną z nią wizytę na 30 września, ale prawie na pewno będę szukać kogoś jeszcze innego.

PS. Całkiem niespodziewanie zaczynam się uczyć j. włoskiego (ale o tym kiedy indziej) :)
PS 2. Daria, wysłałam Ci maila (na kubusiowy adres)

Buona giornata moi drodzy :)

***

Buona giornata (wł.) - miłego dnia

6 komentarzy:

  1. Podziwiam Twoją wytrwałość w chodzeniu do psychologa :). Ja nie potrafiłam się do tego przekonać . Pozdrawiam, Kaśka

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś też chodziłam do psychologa, choć w innym kontekście i z innym problemem. Ale po jakimś czasie zorientowałam się, że dawało mi to tyle, co rozmowa z przyjaciółmi... Psycholog też człowiek, ci ludzie też cierpią na wypalenie zawodowe, miewają gorsze dni. Pamiętajmy też o tym, że jeszcze 5-10 lat temu w Polsce kierunek psychologia (w każdej możliwej odmianie) był bardzo modny wśród studentów. I ludzie szli na psychologię, bo taka była moda, bo na to szli znajomi, bo tak chcieli rodzice... A efekty są tego takie, jakie są. Tak samo jak dziś modny jest marketing z zarządzaniem. A przecież najważniejsze w tym fachu jest przede wszystkim wewnętrzne powołanie - tak samo jak w medycynie czy pedagogice, czy w ogóle w pracy z ludźmi.
    Co do wózków, ostatnio w moim mieście zauważyłam wielką, niezrozumiałą i rażącą jak dla mnie niesprawiedliwość i dyskryminację - tramwaje i autobusy niskopodłogowe albo przynajmniej w części niskopodłogowe jeżdżą tylko po centrum i południowych lub zachodnich dzielnicach Krakowa. Po Nowej Hucie i przyległych, wschodnich osiedlach - na palcach u jednej ręki można policzyć linie choćby w części niskopodłogowe. Ostatnio byłam świadkiem, jak jedna pani o kulach miała niezły kłopot z wysiadaniem na przystanku... A co dopiero mówić o wózkach inwalidzkich czy wózkach dziecięcych.
    A włoski bardzo ładny język :) Ja z kolei uczyłam się rosyjskiego samopas, ale jakoś tak... Przestałam. Życzę Tobie w takim razie wytrwałości :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No podziwiam Cię że tak dajesz radę co raz to nowym lekarzom opowiadać to samo.
    Mogła się baba przygotować a nie tak aby zaliczyć i do domu!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Moze tak 1 wsza wizyta wygladala moze sie poznacie blizej i sie zmieni hmmmm zobaczymy ale jak maszmozliwosc szukania innej leprzej to czemu nie :) Bo jo jesli tamta cie tygo denerwowac bedzie i zaliczac tylko do sztuki to nie ma co sama bym szukala kogos odpowiedzialnego .

    SCISKAM CMok cmom Cmok :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja Kochana coreczko
    Czytam i tak sobie mysle ze w zyciu nie ma przypadkow i tak by powiedzial Ci Janek,zmiana terapeutki to moze kolejna proba dla Ciebie,czy sobie poradzisz ,ja wierze w Ciebie i wiem napewno ze sobie poradzisz a powiem Ci tak czego nie wolno Ci robic....NIE WOLNO CI MYSLEC ZE SOBIE NIE PORADZISZ I NIE WOLNO CI SIE COFAC DO TYLU.Zrobilas juz tak duzo dla siebie a terapeutke zawsze mozna zmienic.Glowa do gory,wez gleboki oddech ,policz do dziesieciu i do przodu,dasz rade. I jeszcze Ci powiem ze dumna jestem z Ciebie .

    OdpowiedzUsuń
  6. No tak, nie ma to jak polska służba zdrowia, zwłaszcza psychicznego.Najpierw sami zrażają do siebie pacjentów, a potem się dziwią, że nikt do nich nie przychodzi. Podziwiam Cię Karolinko i życzę znalezienia psychologa, który w końcu zrozumie Twój problem.

    OdpowiedzUsuń