18 lutego 2010

(Po)walentynkowo

Powrócę dziś myślami do niedzieli, chciałabym opowiedzieć nieco a jest co wspominać...
Zapowiadało się zwyczajnie choć inaczej niż zwykle. M. spał po nocce w pracy, a ja poszłam się wykąpać (w planach również miałam spanie bo minionej nocy Morfeusz o mnie zapomniał, ale zmieniło mi się) Ledwo wdrapałam się pod prysznic, M. puka zbudzony potrzebą... Ożeszsz... Niech czeka dopiero weszłam - pomyślałam (wredota ze mnie co?) Wymyta wyłażę z tej łazienki mówiąc "Już wolne", a tu moim oczom ukazuje się M. z przewieszoną przez ramię kuchenną ścierką w gruszki (taki nadruk na niej był - swoją drogą skąd on ją wziął? Nie przypominam sobie, żebyśmy mieli taką na stanie, a wyglądała na już używaną - hmm )
W drugiej trzyma talerzyk z "czymś", i z miną zbitego psa mówi: "Chciałem być oryginalny, ale mi nie wyszło":



(chodziło mu chyba o to że serducho wyszło trochę koślawe)
Oczy mi się spociły... Tak bardzo podobała mi się ta kanapka, aż żal było jeść... Takie to zwykłe a dane z serca i to się liczy... :)

2 komentarze: