Znowu noc i znowu coś mnie trafia bo spać nie mogę... Nawet melisa nie pomogła...
Siedzę w łóżku, w piżamie skubiąc kromkę suchego chleba... Wracają wspomnienia - wracają i uczepiają się... Wolałabym nie mieć chyba takich wspomnień...
Miałam 18 lat, gdy jedna z lepszych koleżanek opowiadając o swojej rodzinie powiedziała, że ma brata żołnierza - tak w woli wyjaśnienia, starszego od nas o 7 lat. Nic nadzwyczajnego zawód jak zawód, prawda? Niby tak, ale tutaj właśnie zaczynają się schody...
Na 18-tce wspomnianej koleżanki, poznałam jej brata... Z początku Marek (bo tak mu było na imię) jakby się mnie bał, coś tam zagadywał, ale bardzo nieśmiało, jednocześnie niewiele o sobie opowiadając i na tym znajomość miała się planowo zakończyć w praktyce, bo on sam mieszkał na drugim końcu Polski, poza tym nie znaliśmy się w zasadzie więc po co ten kontakt...
Jakiś czas potem okazało się, że Marek wyjechał na misję do Bośni, a przed wyjazdem siostra podała mu mój nr telefonu. Zła byłam, bo nie lubię gdy podaje się komuś namiary na mnie bez mojej wiedzy.
Przez jakiś czas była cisza... potem smsy typu "Co u Ciebie?" także nic ciekawego. Z czasem możliwym możliwe okazały się rozmowy przez gg, skype więc i atmosfera nieco się rozluźniła.
Rozmawialiśmy całymi nocami... co noc... Polubiliśmy się... Gdy nie odezwał się 1 dzień martwiłam się nie na żarty, że coś mu w rękach wybuchło (był saperem).
Z czasem robiło się coraz śmielej. Zaczął mówić do mnie zdrobnieniami, słodkimi słówkami myślałam, że po prostu tęskni za domem i stąd to zachowanie. Któregoś dnia pytając o pogodę w kraju powiedział: "tu u mnie (w Sarajewie) jest tak ciepło, że stokrotki zakwitły" (dostałam te stokrotki - zasuszone przywiezione w książce) Znajomość gnała - zaczęły się poważne wyznania z jego strony (ja do dziś nie jestem pewna czy również nie byłam zauroczona) Nie chciałam jednak się wiązać, bo byłam już z M. poza tym nie chciałabym potem z czasem wyczekiwać go w domu, nie będąc pewna czy wróci.
Gdy powiedziałam mu, że nie chcę, że się waham powiedział mi coś jeszcze: że ma żonę... W tym momencie pozbawiłam go jakichkolwiek nadziei - wchodzić komuś w życie nie mam zamiaru. Kontakt się przerzedził, mi było dobrze u boku M., Markowi nie - podobno myślał i tęsknił (za czym?), chciał się rozwodzić... Ja pozostawałam chłodna i zdystansowana... Któregoś razu wysłał mi maila, którego nie od razu odebrałam (pisał w nim, że kocha, chce ze mną być, i nie chce być tak daleko ode mnie) kilka dni później dotarła do mnie wiad. że się zastrzelił... Chęć skończenia ze sobą nie pojawia się w człowieku od tak, pod wpływem chwili... Przeżyłam to bardzo, ale cieszyłam się zarazem - że nie związałam się z nim... Bo co by było gdyby zrobił to będąc ze mną? A ja do dziś nie mogę patrzeć na stokrotki...
DOPISANE O 12:27
Pierwszy raz na bloggerze nie opublikował mi się post tzn nie tak jak chciałam ale to pewnie zasługa nocnej pory
Mam grypę żołądkową... :( i czuję się... - nie czuję się...
Coreczko Kochana przytulam Cie i zycze szybkiego powrotu do zdrowia
OdpowiedzUsuńOj kochana piękne wspomnienia. no cóż dlaczego popełnił samobójstwo, tego nie wie nikt.
OdpowiedzUsuńTobie zyczę zdrówka, bo grypa żołądkowa to nic przyjemnego.
Bardzo łatwo jest obwiniać siebie samą albo tę drugą osobę. Może Marek wcześniej był np. chory? Albo miał inne problemy z którymi sobie nie radził? I w takim wypadku to niczyja wina.
OdpowiedzUsuńOj coś obie jesteśmy chore w takim razie, choć nie na to samo... Pozdrawiam serdecznie i zdrowia życzę.
PS: Ładną muzykę masz na blogu :)