Zawzięłam się na tą "samoterapię" już jakiś czas temu i tak jakoś do tej pory zrobiłam niewiele... (choć przyznam, że samo przyznanie się przed sobą, że ma się problem, jest się tym kim jest i że trzeba by coś z TYM zrobić było prawie jak zdobycie wcale nie niskiego szczytu). Ruszyłam TO no i ruszyło mi się coś w środku: pojawiły się sny z ojcem w tle (brr), wróciły wspomnienia (niezbyt miłe niestety)... Którejś z poprzednich nocy zdołałam przekonać się, że skoro jednak CZEGOŚ dotknęłam, to nawet podświadomie (nieświadomie) przyciągam do siebie pomoc i "wspomagacze": siedziałam sobie nocą szperając w internetowych czeluściach (przy czym zaznaczam - nie szukając specjalnie) znalazłam szereg archiwalnych audycji radiowych dla DDA i DDD (gdyby ktoś wtajemniczony w skróty nie był: DDA - Dorosłe Dzieci Alkoholików; DDD - Dorosłe Dzieci z rodzin Dysfunkcyjnych). Tematyka różnoraka: kto i dlaczego jest DDA, lęki, rodzina teraźniejsza i ta którą DDA zakładać będzie, formy pomocy i terapii itp. itd. Pościągałam sobie wszystkie i teraz jako że jeszcze nie czuję się najlepiej i w związku z tym nie bywam za długo ani tutaj, ani nigdzie indziej bo zwyczajnie żołądek mi nie daje; słucham, notuję, analizuję... iii... (ufff) znów coś drga pozwalając mi odrobinę z TEGO wszystkiego zrozumieć... Zaczynam nawet zaczynać się zastanawiać czy by na jakąś terapię dla mi podobnych się nie udać, ale na razie nie mogę w tej materii nic obiecać (nawet sobie). Do CPU (Centrum Profilaktyki Uzależnień) gdzie taka terapia jest prowadzona mam dosłownie 5 min drogi więc gdyby śnieg stopniał do końca mogłabym nawet sama tam jeździć bo droga płaska a i winda w budynku jest (sprawdziłam to więc chyba pierwszy mały kroczek zrobiłam?), ale tak jak wspominałam - terapia to dla mnie jeszcze bardzo grząski grunt, na który nie odważyłam się jeszcze wejść póki co i Bóg jeden raczy wiedzieć czy się odważę.
***
Przyszli do nas znajomi (na własne ryzyko - najwyżej tak jak ja będą odwiedzać pana kibelka częściej niż zwykle) akurat w czasie, gdy Justyna Kowalczyk "jechała". Rozmawialiśmy i "zdradziłam" wszystkim, że "Też bym tak chciała" - znaczy się na nartach jeździć (temat przycichł bo wszyscy wiedzą że choćbym nie wiem jak chciała to nie da rady) Justyna dojechała, znajomi wrócili do siebie a ja o nartach przestałam myśleć, a tu dziś - w skrzynce mailowej film (od tego znajomego co u nas był) o wdzięcznym tytule: "Góry są Twoje" - i kto powiedział, że nie mogę zastąpić mistrzyni? hehehe Usiądźcie wygodnie, zapraszam na seans
PS. Przepraszam, że nie zaglądam do Waszych pokoików, ale muszę doprowadzić swój układ trawienny do porządku i nawet czytanie wieści od Was (brakuje mi tego - nie kryję) nadal ciężko mi przychodzi - nadrobię - obiecuję.
PPS. Salanee - miałaś rację - nie ma czata - są obserwatorzy (ależ się żeśmy nagłowiły/li co? hehe) dzięki :* Pozostaje tylko jedno pyt: nadal masz ten mój blog taki "rozwalony"?
Już nie :D Czasami dobrze jest posiedzieć w samotności, wtedy wpadają różne pomysły, i można bloga naprawić.
OdpowiedzUsuńCo do tych nart, to wielkie ROTFL!
W przyszłym sezonie jedziesz razem ze mną, poszusujemy razem :)
Niesamowite
OdpowiedzUsuńbuziaczki dla Ciebie
Do tego typu terapii mam raczej mieszane odczucia. Nie za bardzo się na tym znam, bo nigdy w nich nie uczestniczyłam, ale z relacji znanych mi osób wygląda to bardziej na rozdrapywanie istniejących już ran. A po co rozdrapywać i sypać do tego sól na coś, co powinno się raczej wyleczyć, niż zaleczyć? Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuń