3 grudnia 2009

Codziennie

Żyję na dwa domy, poza tym chyba dopadła mnie rutyna... - a jeszcze dawno zarzekałam się, że nigdy to nie nastąpi.
Kręcę się po domu, żeby ze wszystkim zdążyć, bo teraz jeszcze siedzę większość dnia z Szyszką u matki w domu - wypisała go z przedszkola (???) I to że siedzę z dzieckiem ponad 9godz. ma za niezwykle oczywiste, co z mojego punktu widzenia już takie oczywiste nie jest. "Jesteś siostrą, możesz pomóc" - wykrzyczała gdy w poniedziałek zapytałam ile to potrwa. Owszem mogę z nim czasem posiedzieć, ale nie codziennie i nie tyle godzin! Swoje obowiązki zawodowe i domowe mogę zaniedbać, obym tylko z nim siedziała. Paranoja jakaś. Na siedzenie przy zawodowych druczkach czasu mało i trudno się nie pomylić z małym nad głową. Nie mogę egzekwować od małego żadnych zasad, obowiązków (np zbierania zabawek po zabawie albo zakazu wycinania z kartonu nożyczkami do paznokci - które nie dość, że nie do tego służą to jeszcze mają ostre czubki, a wolałabym, żeby sobie oka nie wydłubał) bo "nie jestem jego matką, żeby go wychowywać" - te słowa usłyszałam jak Sz. powiedział mamie, że czegoś mu nie pozwoliłam. Tylko jak mogę "nie wychowywać" skoro jestem z nim caluśkie dnie, a jak matka z pracy wróci to kompletnie mu czasu nie poświęca? Nie mogę sobie dać na głowę wejść, bo dzieciak kompletnie zdziczeje, a ja w krótkim czasie oszaleję. Jak dziś zapytałam, co mają na obiad, żebym mogła małemu dać to powiedziała, że przecież mogę sama zrobić. No tak, a przy okazji sprzątać, zmywać, palić w piecach i nastawiać pranie... - niedoczekanie!
Głupio mi prosić matkę o kasę, choć chyba powinnam, bo służącą nie jestem no i mam swoje życie, któremu też czas muszę poświęcać. Tylko kiedy? - pozostaje jedynie noc.
Nie jestem ze stali...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz