29 listopada 2009

Satyra w krótkich spodenkach

Spacer z M. i Szyszką. Zapomnieliśmy picia, a dziecko, jak to dziecko - mimo, że przed wyjściem jadło, piło i było w toalecie, to jeszcze dobrze progu przekroczy, a już krzyczy, że jeść pić albo sisiu chce. Zazwyczaj staram się mieć coś w torebce, ale skleroza starcza, miewa już swoje przebłyski. Weszliśmy do sklepu, kupiliśmy sok w butelce z dziubkiem żeby się nie polał. Napił się, więc wzięłam od niego ten soczek żeby zamknąć, po czym oddaję:

K: Masz, trzymaj.
(odeszliśmy nie całe 100m)
Sz: (przez zęby) Weź to ode mnie, bo ja nie moge tyle dźwigać!

Obiecałam plac zabaw. Mijamy jakiś:
K: Może tam pójdziemy, zobacz, są jakieś dziewczynki.
Sz: A chłopaki?
K: No chyba nie ma, ale w przedszkolu przecież też się z dziewczynkami bawisz.
(jak opowiada o przedszkolu, to ciągle tylko Vanessa i Klaudia - o chłopcach mowy nie ma)
Sz: Ja nie jubie kobiet! Woje chłopaków bo z kobietami to ja się w zyciu jesce nasiedze! (i foch z przytupem - koniec końców wróciliśmy do domu)*

***

M. kurczowo trzyma się "diety" a mi śmiać się chce, bo już parę razy wyjął np. kiełbasę z lodówki i wracał się z nią od połowy kuchni, żeby schować z powrotem :)

*pisownia zgodna z oryginalnymi wypowiedziami

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz