Wczoraj wieczorem suszę sobie włosy w łazience, gdy wpada M. Purpurowy, bez koszulki. W pierwszym momencie uśmiechając się w duchu pomyślałam, że na amory mu się zebrało. Otóż nie - nic bardziej mylnego...:
- Misieńku, masz gdzieś centymetr?
- ???
- No, chcę zobaczyć ile mam w pasie.
- Przecież dopiero byliśmy na zakupach i twierdziłeś, że nic nie jest Ci potrzebne (powiedziałam myśląc, że chodzi o zakup nowych portek)
- Ale gdzie masz ten centymetr?
Dałam czego chciał i wróciłam do łazienki. Po paru minutach powtórne "wejście smoka":
- Wiesz, chyba muszę zacząć więcej biegać, częściej gościć na siłowni...
- Po co? Dobrze wyglądasz...
- Zobacz jaki mam brzuch. (w woli wyjaśnienia tylko troszkę mu odstaje)
- A ja go lubię... - powiedziałam trochę rozżalonym tonem
- Dobrze, to ćwiczyć nie będę. Od jutra nie jem mięsa tak jak ty i... w ogóle nie jem może mi spadnie parę kilo.
I poszedł do pokoju. A ja zostałam w tej łazience nieco zszokowana, ze szczotką do włosów w garści. Chciałam porozmawiać o tym później, ale już nie było o czym dyskutować, bo sobie postanowił, że schudnie i koniec.
A dziś? Kanapki naszykowane do pracy zostały w domu...
Koniec świata!
PS. Mój pomysł na imieninową kolację diabli wzięli :( i co teraz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz