Tak, znów będę narzekać... Gdzieś w środku wolałabym wreszcie napisać o czymś dobrym... Nie da się... Nie teraz... To chyba ta "ciążowa" sprawa przelała czarę.
Z M. się mijamy, ja pracuję w domu na komputerze, on poza domem, w weekendy jedno i drugie w szkole więc nasze spotkania ograniczają się prawie wyłącznie do łóżka, a wtedy żadne nie ma już siły na rozmowę o sprawach intymnych nie wspominając... Poza tym na relacje z M. narzekać nie mogę. Któregoś dnia rozczulił mnie... Wyszedł rano do pracy (ja jeszcze spałam) i zostawił mi w kuchni kanapkę z narysowanym keczupem sercem i kartkę z napisem: smacznego 520 (po chińsku liczba 520 znaczy tyle samo co kocham). Słabo śpię. Mimo, że pracujemy oboje martwię się czy dotrwamy do kolejnego 10, bo rachunki za gaz koszmarne (ogrzewanie gazowe mamy), a jeść przecież też trzeba. Matka mi truje, że mogłabym brata przyjść popilnować bo chory (a ja nic o tym nie wiem), że to, że tamto jakby nie rozumiała, że mam swoje życie (teściowa to samo). Czasem mam się ochotę odciąć od tego wszystkiego, zaszyć się gdzieś w kącie, ale wiem, że ucieczka niczego tu nie rozwiąże.
Muszę się jakoś wziąć w garść, ale jeszcze nie wiem jak się do tego zabrać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz