19 listopada 2009

Choroba w natarciu

Nie tam żadna z TYCH świńskich, ptasich czy wołowych. To, że boli mnie gardło i gorączka nieznaczna tzn. 38 st.+ kresek kilka (kataru, kaszlu bólu mięśni nie mam wcale) jeszcze nic nie znaczy. Przeziębiłam się zwyczajnie, albo anginka nadchodzi jak zwykle (sprawy gardłowe to moja "specjalność") a M. panikuje, że do lekarza marsz, bo jak dziecko za rączkę zaprowadzi, i że nie ma ochoty do szpitala mnie oddawać, a poza tym chciałby zdążyć ślub ze mną wziąć, zanim zacznie mi ostatnią drogę organizować (???) :/
Ludziska już powariowali... Czy ta panika jest potrzebna? - nie sądzę szczerze mówiąc. "Atak" grypy sezonowej o tej porze roku jest normalką. Media podają, że ilość zachorowań jest wyższa w porównaniu z ubiegłymi latami. Może nie jestem osobą na tyle kompetentną żeby to oceniać, ale śmiem twierdzić, że te liczby są porównywalne. W telewizji, radiu, gazetach alarm nie z tej ziemi, więc więcej ludzi do lekarza poszło z czymś, co zazwyczaj leczą sami i dlatego "słupki poszły w górę". Jakby w wiadomościach mówiono tylko o tym, że ktoś w szpitalu umarł, miał jakąś tam chorobę, przy okazji był przeziębiony i podejrzewa się coś co aktualnie jest "na topie", to można by śmiało utworzyć oddzielny kanał telewizyjny i całodobowo nie mówić o niczym innym. Nie mówię tu o tym, żeby do lekarza nie chodzić jeśli jest się chorym, ale latać z byle czym też nie ma po co (zwłaszcza, że kolejki w przychodniach są ogromne i w zasadzie nie wiadomo czy się człowiek do lekarza przez tłumy przebije), odrobina zdrowego rozsądku nie wadzi...
Nie dajmy się zwariować... I zdrówka życzę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz