Pamiętam ten wrzesień 7 lat temu... Miałam wtedy 16 lat, szłam do liceum...
1 - wszego ojciec napisał do mnie jeszcze sms, że to szkoła i żeby się sprawować (jak nigdy, bo zwykle nic go nasza szkoła nie interesowała) dodając też, że w październiku się spotkamy - mieszkał spory kawałek od nas bo ponad 2 godz jazdy. Bywało, że po kilka miesięcy się nie widzieliśmy, ale nie z powodu odległości a tego, że zwyczajnie sobie to olewał, a tak czy inaczej zazwyczaj tzn z rzadkimi wyjątkami musieliśmy się z bratem sami o te spotkania ubiegać, bo ojciec sam z siebie z propozycją nie wychodził (miał ograniczone prawa rodzicielskie do nas, ale nie było ustalonego "harmonogramu" spotkań).
19 - tego września do mojej matki zadzwonił wujek (brat ojca) powiedzieć, że ten nie żyje. Nie poinformowała nas od razu, bo nie bardzo wiedziała jak więc stwierdziła, że odczeka z tymi "rewelacjami" na następny dzień. Nie doczekaliśmy jednak tego następnego dnia, bo wieczorem do mojego brata zadzwoniła babcia, w histerii niemal pytając "No jak to wy nic nie wiecie?" - tym samym "sprzedając nam tą rewelację".
Nie pamiętam do końca swoich reakcji bo potem wszystko działo się bardzo szybko. Przyjechało rodzeństwo mojej matki (brat i siostra), wbili nas w jakieś eleganckie ciuchy, zaserwowali tabletkę "uspokajacza", zawieźli do kościoła i wtedy zaczął się cyrk. Podchodzili do mnie ludzie których w życiu nie widziałam...Wyrazy współczucia, kondolencje inne takie, a mnie nie bardzo to ruszało, no może wkurzało trochę z tego względu, że normalnie to nikt nigdy się nami nie interesował zbytnio, a teraz nagle miłości, czułości. Zawsze w rodzinie ojca byłam trochę spychana na bok z racji swojej niepełnosprawności (np. babcia nigdy się nami nie zajmowała, ojciec w sumie nigdy nie wychodził na rodzinne spacery a jak już się łaskawie ruszył to szedł kilka metrów przed nami albo za nami żeby nikt nie widział, że ma dziecko na wózku; to samo było jak budowali mi podjazd do domu - nie chcial się zgodzić "bo co ludzie powiedzą")... - zresztą teraz co do ojca rodziny to nadal tak jest z tym, że teraz dodatkowo wyrodna jestem bo nie bywam u nich (dojazd, papierosy- mam alergię na dym a oni tego pojąć nie mogą, alkohol - wiadomo itp. itd.)
W kościele luz - ale już wtedy w sumie zaczęły mi się udzielać nerwy.
Na cmentarz zabrał mnie samochodem sąsiad dziadków, podczas gdy cała reszta jechała wynajętym autobusem. Obawiałam się trochę bo gościa nie znałam, ale był całkiem miły, po drodze odwracał mi uwagę (pytał o szkołę itp) i dowiózł spokojnie, więc wszystko ok. Zawczasu (przed wyjściem z domu) powiedziałam matce, że do kaplicy na cmentarzu nie wchodzę i nawet niech mnie o to nie pytają bo zdania nie zmienię (czyt. doświadczenie przemówiło - na pogrzebie dziadka parę lat wcześniej wprowadzili mnie do kaplicy i przez to teraz go inaczej nie pamiętam jak tylko w tej trumnie), to samo miało się do podchodzenia do grobu, chrzęst łopat i łomot ziemi o trumnę - nie jestem w stanie znieść tych dźwięków. Więc siedziałam sobie nieopodal tej kaplicy z zamkniętymi oczami i rękami na uszach (głupie co?). Pamiętam to, jak podjechał karawan, otwarto klapę i widziałam jasno brązowy tył trumny z koronką dookoła - tylko tyle bo potem już zamykałam oczy.Co innego mój brat, poszedł wszędzie - i do kaplicy i do grobu, a brat matki (jego chrzestny) - wszędzie za nim.
Na stypie zostaliśmy w sumie z bratem sami, bo matki siostra jeszcze tego samego dnia miała pociąg powrotny (pół Polski do przejechania) więc musieli jechać do domu z wujkiem i matką. Tutaj cyrk rozkręcił się już na całego. Posadzili nas przy stole z kolegami ojca z pracy, zamiast normalnie z rodziną, co było nie na miejscu samo z siebie, poza tym no przecież sami zostaliśmy. Koledzy ojca rozmawiali z nami, mówili o nim dobrze, odwracali uwagę innymi tematami, za to rodzina nam nie szczędziła. Babcia głośno opowiadała jak to pojechała na miejsce (musiała, bo trzeba było zwłoki rozpoznać - takie przepisy), że ojciec wyglądał źle, że w pokoju, który wynajmował wszystko było zniszczone (łóżko, dywan), krwią zaplamione*. Przez całą stypę podeszła do mnie tylko raz ciotka (ojca siostra) spytać czy nie chcę iść do toalety (przed wyjściem matka poprosiła ją żeby mi pomogła w tej kwestii jakby co, bo toaleta ciasna, bez możliwości przytrzymania się czegokolwiek - umywalki czy poręczy - więc nie dałabym rady sobie sama w takich warunkach) a tak to przez te kilka godzin siedzieliśmy "samopas".
Chciałabym nie przeżyć tego, lub chociaż nie pamiętać, ale wiem, że tak się nie da więc postanowiłam to chociaż z siebie wywalić - tutaj... Piszę ten post od rana w zasadzie po kawałeczku, bo nerwy były, ale teraz mi lżej...
* Do teraz wersje o powodzie śmierci są 2:
- Pękł wrzód i stąd ta krew.
-Coś tam z sercem.
Ja nie wierzę w żadną. Ojciec miewał próby samobójcze (nie jedną podobno, aczkolwiek ja jedną mam nieprzyjemność pamiętać - ale o tym kiedy indziej, bo to już byłoby za dużo na jeden raz dla mnie), i sądzę, że to była kolejna - udana.
Noszę się z zamiarem wzięcia od babci, protokołu sekcji zwłok, żeby wiedzieć jak było naprawdę i tym samym zamknąć rozdział pt. "Śmierć ojca".
***
Co u mnie? Zimno i mokro za oknami więc bytuję w domu, przeziębienie męczące mnie od kilku dni ustaje, ale żebym nie miała przypadkiem za mało rozrywki to popołudniu zaczął boleć mnie ząb. W piątek popołudniu nie dało się już niestety wcisnąć nigdzie do dentysty więc muszę do poniedziałku wytrzymać. Jeśli będzie krytycznie pójdę do sąsiadki dentystki - mieszka za ścianą - ale ona kasy brać ode mnie nie chce, więc jeśli już do niej idę to zwykle z jakąś kawą lub czekoladą, a na to też do poniedziałku (renta powinna mi wpłynąć) kaski brak. Póki co, wsadziłam sobie między zęby goździka i rozgryzłam go (ostry jak sam pierun - aż mi język ścierpł), ale choć byłam sceptyczna - działa...
Miłego weekendu kochani (słyszałam, że ma być prawie letnia pogoda, więc korzystajcie).
Co do tematu śmierci Twojego ojca to za bardzo nie umiem się odnieść. Więc po prostu nie skomentuję ale dobrze że to wywaliłaś z siebie i że jest Ci lżej. A wyniku sekcji zwłok chyba w takiej sytuacji nie chciałabym znać. No a z rodziną to na zdjeciu najlepiej znowu znajduje się potwierdzenie w przysłowiu.
OdpowiedzUsuńDokładnie to samo chciałam napisać co cytrynowaona...z rodziną to najlepiej na zdjęciach się wychodzi.
OdpowiedzUsuńJa na pogrzebach też nigdy nie podchodzę do trumny ani do grobu...uważam że to nikomu nie potrzebne. Jak by ten ktoś dla nas nie był, lepiej go pamiętać żywego.
Trzymaj się mała :) może jednak spacerek króciutki sobie zrób jak będzie ładna pogoda...
Czasami warto nie wiedziać jak zmarły najbliższe nam osoby. Wtedy mniej boli. A bolący ząb to naprawdę nieprzyjemna sprawa. Wiem coś o tym. Pozdrawiam najserdeczniej
OdpowiedzUsuńNie wiem, czy chciałabym wiedzieć, jak zmarła bliska nam osoba, choćby nie wiadomo jaka była. Czas leczy rany, ale najważniejsze to dać się uleczyć, a nie zrywać sobie samemu bandaży. Choć wiem, że to trudne. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńto co przeżyłaś muslało być okropne
OdpowiedzUsuńA babcia wyda ci bez problemu ten wynik sekcji? Ja pewnie też (gdybym miała się znaleźć w podobnej sytuacji do ciebie), chciałabym wiedzieć, co było prawdziwym powodem zgonu, aczkolwiek..., sekcję zwłok nie wykonuje się zawsze, tylko w momencie, kiedy tak naprawdę nie wiadomo, co się stało, więc w sumie dużym prawdopodobieństwem jest, że mógł targnąć się na swoje życie.
OdpowiedzUsuńSamych przeżyć nie jestem sobie w stanie wyobrazić, a już tego, co musiałaś czuć będąc tak odtrącaną, skazaną na kogoś, żeby móc zrobić siku. Dla mnie masakra straszliwa...
Ahhhh...... Trzymaj sie ciepelkowo kochana! ;P
OdpowiedzUsuń