2 kwietnia 2011

Oj długo mnie nie było, długo... Trochę to z lenistwa, a i trochę z braku czasu. Kilkukrotnie już zasiadałam, by napisać co nieco, koniec końców zrobiłam jedynie porządek w ustawieniach stron i w linkach.

Gdybym chciała jednym zdaniem określić ostatni czas, zrobiłabym to z łatwością mówiąc: "Jak nie urok to... przemarsz wojsk"
  • Niedługo po urodzinach zeszło mi ogumowanie z małego koła w wózku. Można by powiedzieć: pikuś, założy się z powrotem - nic bardziej mylnego, bynajmniej w tym przypadku.   Bracki stwierdził, że to żadna tragedia, że założy. Założył, ale... podczas tej operacji tak rozciągnął tą gumę, że ni w ząb nie trzymała się na miejscu. Na przesyłkę ze sklepu z częściami czekałam ponad tydzień będąc oczywiście uziemiona w domu, bo do ludzi niestety skrzydeł w standardzie nie dodają (a szkoda).
  • W miniony wtorek mało nie wyszłam z siebie. Pierwszy raz szłam na terapię, z poczuciem że chcę i mam potrzebę iść pogadać i że pewnie przez jakąś chwilę lżej będzie. Satysfakcja była tym większa, że pogoda była piękna a co za tym idzie bez pomocy (łaski) matki mogłam sobie spokojnie do gabinetu dojechać sama. Wszystko szło pięknie: dojechałam bez przeszkód ok 10 min przed czasem. Stoję pod gabinetem 5min... 10min... po umówionej godzinie, dopuszczając "kwadrans studencki", ale wtedy drzwi od gabinetu otworzył jakiś pan (też psycholog) i pyta czy ja na niego czekam... Ja mu na to, że nie i że jestem zaskoczona bo byłam umówiona z kim innym w tym właśnie gabinecie i o tej właśnie godzinie. Podałam nazwisko pani psycholog i dowiedziałam się iż czasem gabinety się zmieniają. Udałam się zatem do wskazanego (innego) gabinetu, ale tam też wszystko na cztery spusty pozamykane. Ciśnienie mi skoczyło, nie wiedziałam o co chodzi. Nie zastanawiając się długo "podreptałam" do rejestracji gdzie dowiedziałam się, że wizyta była...dnia poprzedniego. No myślałam, że padnę... Poziom złości sięgał wysoko. Spojrzałam do swojego "terapeutycznego kajetu" gdzie napisane jak byk - 29 marca godzina 8 rano - czyli do jasnej ciasnej wtorek! - i żeby tego było mało sprawdzałyśmy na wizycie wszystkie te umówione do przodu. No, cóż... W sumie nie wiadomo kto się pomylił, ale to w sumie nie jest już istotne a poza tym pomyłki każdemu mogą się zdarzyć. Niestety konsekwencją tej pomyłki jest to, że między poprzednią (odbytą) wizytą a następną umówioną mam 4 tyg przerwy. Niby nic... ale znając mnie jak już zaburzy mi się ta regularność to po tak długiej przerwie będę kombinować na prawo i lewo jakby tu celowo do przychodni nie trafić a wiem, że na to nie mogę (i gdzieś w środku nie chcę) sobie pozwolić... (!)
  • Wciąż chodzę zasmarkana i mówiąc szczerze mam dość. Ile można...? Na alergię za wcześnie, a ten katar trwa i trwa nieprzerwanie w sumie już kolejny tydzień...
  • Ostatnio i z T mieliśmy trudniejszy czas.  Jest trochę nerwówki związanej z pracą, może to dlatego.  Na szczęście przeminęło z wiatrem.
...a dziś... - myślę, że nie trzeba mówić nic więcej...

    2 komentarze:

    1. Domyślam się tylko jakie frustrujące to musiało być, jak okazało się, że wizyta była dzień wcześniej. Ale fajnie, że się nie załamujesz tylko idziesz dalej. Pozdrawiam serdecznie! :)

      OdpowiedzUsuń
    2. Kalu tak czasem bywa że jest "gorący" czas i wszystko się na siebie nakłada. A najgorzej, gdy nakładają się na siebie rzeczy i ważne, i najważniejsze. Pozdrawiam :)

      OdpowiedzUsuń