Oj dawno mnie nie było. Spraw do opisania cała masa a czasu wolnego (na siedzenie przy komputerze) już dziś nie wiele, więc napiszę tylko tyle co na bieżąco - reszta jutro. Kompa miałam w naprawie i dopiero co w zasadzie "odzyskałam go" z powrotem (o powodzie tej awarii i konsekwencji tego całego cyrku nie będę się rozpisywać, bo szkoda mi słów).
Terapia, że tak powiem nabiera tempa. Jak przyszło m się zarejestrować po nowym roku, to coś mnie trafiało bo dodzwonić się nie mogłam. T. rozładował sytuację, wziął ode mnie nr. telefonu i wiecie co? Po paru minutach sprawa była załatwiona (a ja od dłuższego czasu się dobijałam i wciąż było zajęte albo nikt nie odbierał) i mało tego - wizyta po 2 dniach od rejestracji (czyli w miniony piątek). Na samej wizycie było mi przyznam trochę ciężko - najciężej jak do tej pory. Idąc, miałam niejako poczucie porażki z racji zadanej poprzednio "pracy domowej", która z pozoru prosta okazała się być trudniejsza niż mi się wydawało. Dla przypomnienia miałam napisać 2 listy: swoich praw i potrzeb. Nie napisałam tego zbyt wiele.... - stąd ta porażka chyba. A wszystko przez to, że zdążyłam zapomnieć o tym, że przecież na tych spotkaniach nikt mnie nie będzie oceniać, a jak coś mi się nie uda to ten czas jest właśnie po to, żeby dostrzec sprawy, których sama nie widzę. Z pomocą pani psycholog listy się rozrosły. Uświadomiłam sobie między innymi, że mam prawo chorować a co za tym idzie leczyć się co nie było dla mnie takie oczywiste, bo np w oczach mojego brata to, że chodzę na terapię = z tym, że jestem nienormalna i często się z tego podśmiewa zachęcając jednocześnie do tego 2 młodszych braci a to przecież dzieci jeszcze, więc wierzą w to co słyszą mając w starszym bracie "autorytet" w tym względzie. Doszła mi też kolejna praca domowa: Co czuję jak na nie patrzę? (na te listy znaczy się). I tu kolejna przeszkoda - bo w sumie to nie wiem... Cały czas wkrada mi się to "myślę" zamiast "czuję" - jakoś bardzo opornie idzie mi odróżnienie jednego od drugiego, co nie napawa zbytnio optymizmem... Mimo wszystko jedna sprawa poszła do przodu: zasygnalizowałam, że zależy mi na regularności spotkań, z racji tego, że obawiam się, że zrezygnuję jeśli regularności nie będzie i... następną wizytę mam w czwartek, czyli po niecałym tygodniu od poprzedniej i to na 2 godz! (a w zasadzie 2 razy po 50min) także fajnie.
Hehe notka miała być krótka, a wyszła i tak dłuższa niż myślałam - reszta tzn. wspomnienia świąteczno-sylwestrowo-spotkaniowe (z T. oczywiście) w najbliższej, najprawdopodobniej jutrzejszej notce.
Pozdrowionka moi drodzy :)
Kalu, daj namiary na brata, sobie z nim porozmawiam;)
OdpowiedzUsuńA co do tej twojej terapii. Im dłużej czytam, co piszesz, tym bardziej przekonuję się, że i dla mnie byłaby ona dobrym rozwiązaniem. Kto wie, kto wie?:)
Dobrze, że się nie poddajesz. Nie przejmuj się opiniami innych, choć domyślam się, że mogą boleć. Powierzam Cię Panu Bogu, pozdrawiam serdecznie! :)
OdpowiedzUsuń