No i stało się...uległam kolejnemu telefonowi z domu i tym sposobem już w poniedziałek swój posterunek przeniosłam do rodzinki, by Szyszki pilnować.
Mały już od wejścia domaga się mojej uwagi wszelkimi sposobami, skandując przy tym: "No weź się szybciej rozbieraj!".
Śniadanie, a w zasadzie całodzienna ilość, jakość i sposób jedzenia codziennie wygląda inaczej, także rozrywki w tej materii mi nie brakuje. Jednego dnia trudno go nakłonić żeby zjadł, a ja dwoję się i troję przygotowując co chwilę coś innego, żeby cokolwiek w buzi wylądowało (i co ciekawsze zostało faktycznie zjedzone), a innego z kolei ledwo nadążam z szykowaniem jedzonka - bo wsuwa za trzech.
Zabawa (czy ze mną czy bez) nie starcza na dłużej niż niecałe 10min., no i nadal egzekwowanie czegokolwiek zabronione, a każda próba próśb czy przekonania do czegoś(nawet tak prostej sprawy jak zamknięcie drzwi czy spuszczenie wody w toalecie po sobie) kończy się takim płaczem, że syrena strażacka mogłaby się schować, a przecież nikt go nie karze i nie krzyczy...
Dlaczego o tym piszę? Kiedyś (tzn. do niedawna jeszcze) Szyszka był zupełnie innym dzieckiem. Uśmiechniętym, zadowolonym, bawił się dużo, nie płakał prawie wcale, a prośby dorosłych wykonywał chętnie kończąc zdaniem "Widzisz jak szybko/ładnie zrobiłem?"
Obawiam się, że słodki maluch zamienił się w rozpieszczonego bachorka i to w dużej mierze za moją sprawą, bo zmuszona byłam pozwalać mu na wszystko...
***
Wczoraj Szyszka zafundował mi prawdziwy recital. Dostał na święta pluszowego królika, który śpiewa jak naciśnie się mu łapkę. Chodził z nim i "śpiewali" w duecie, ja już po chwili miałam dość słuchania w kółko tego samego, ale co się uśmiałam to moje - zobaczcie:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz