Nadal choruję, nadal siedzę z dziećmi [z obydwoma tym razem! - o losie...] i krótko mówiąc czuję się zmęczona. W perspektywie mam jeszcze wysprzątanie swojego mieszkania na święta, które już niemal woła o to, żeby choć trochę je ogarnąć, i przygotowanie jakiegoś jedzonka, na które nawet pomysłu nie mam, a na drugi dzień świąt teściowie się zapowiedzieli (niby teściowa mówiła, że coś przywiozą, ale głupio tak trochę na nich żerować - nie, tak nie może być). Chłopcy w domu dostają istnego fioła - biją się, kopią, gryzą... każda wymyślona przeze mnie zabawa starczy na kilkanaście minut, a sami nie bawią się wcale. Nie chciałam ich zarazić swoim choróbskiem i sama się wykurować, ale nic z tego - mamuśka "nie ma z kim ich zostawić" (a brat dwudziestoletni siedzi w domu przed kompem, albo śpi, bo do pracy iść się nie chce) i tym sposobem moje chorowanie będzie się ciągnąć i ciągnąć znając życie.
W domu jestem gościem, z M. się mijam i wcale mnie to nie cieszy.
Kolacja się udała, obopólne zadowolenie było widać (tzn zadowolenie M. i moją dumę, że wszystko wyszło tak, jak chciałam)
Poza tym przyszła @ - w szoku jestem, bo po ostatnim "cyrku" nie spodziewałam się jej tak zaskakująco o czasie - to chyba powód do zadowolenia i odrobina spokoju dla mnie, i nauka, że może nie warto tak się tym martwić...?
Miłego dnia moje Drogie :)
Dopisane nazajutrz o 11.01
Z serii ogłoszeń parafialnych:
Nie robiłam tego dotychczas, ale będę odpowiadać na Wasze komentarze bezpośrednio pod nimi, a nie w następnej notce, tak jak robiłam to do tej pory - Będzie wygodniej i przejrzyściej :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz