27 września 2009

"Przychodzi baba do lekarza..." - i ...?

...wcale nie jest tak zabawnie jakby mogło się wydawać... Tak, tak - chodzi o tego najbardziej kobiecego z lekarzy...
Doktorka, do której chodziłam dotychczas zmieniła rejon więc musiałam znaleść kogoś nowego. W tym celu udałam się do swojej przychodni i po zapewnieniu Pani z rejestracji, że: "Nie powinno być problemów" (już z góry zostałam naznaczona) zapisałam się do p. doktor K. Nadszedł dzień wizyty. Siedzę sobie spokojnie na poczekalni i czekam na swoją kolej. Pani sprzątająca z uporem maniaka i bez "zbędnego" przepraszam próbuje wcisnąć mi pod wózek ociekającego wodą mopa dosłownie zalewając mi przy tym koła (co nie byłoby niczym takim gdyby nie to, że ja potem przecież muszę odepchnąć się od nich rękami żeby dojechać choćby te parę metrów do doktorki, w tej sytuacji brudząc sobie ręce i rękawy). Pomyślałam: "A co mi tam odsunę się i nic jej nie powiem..." - choć powinnam. Wtedy to właśnie zostałam wezwana do gabinetu. Naciskam klamkę, wjeżdżam do środka i od progu słyszę słowa pani K., która nie odpowiadając nawet na moje "Dzień dobry" wyburczała: "A gdzie ma Pani mamę?" Zatkało mnie, śmiać mi się chciało, ale odpowiadam, że przyjechałam sama i że sobie poradzę. Zmierzyła mnie tylko wzrokiem, podsunęła formularz do wypełnienia i poszła myć ręce. Znów słyszę zza ściany jej burczenie: "Ale wie pani że ja mogę pani poświęcić tylko 20 min? - takie przepisy..." Przygotowałam się do badania, podjechałam sobie blisko żeby wejść na samolot, widząc jej dzikie dosłownie spojrzenie przypominam, że dam radę, a ona do mnie: "I co ja mam z panią teraz zrobić?" - tego już było za dużo, zebrałam swoje rzeczy i wyszłam nie zbadana ku uciesze pani K.

Po kilku dniach:

Przychodnia w zasadzie prywatna (mająca jednak pewne limity wizyt z NFZ) znajdująca się na najwyższym piętrze centrum handlowego. Pani z rejestracji widząc mnie już z daleka otwiera drzwi. Z miłym uśmiechem odstawia krzesło pytając w czym może pomóc (okienko w przych. rej. mam powyżej własnego czubka głowy więc żeby powiedzieć cokolwiek muszę ją zadzierać, a tu, wszystko niziutko, przyjemnie, muzyczka gra...) "Czemu nie przyszłam tu od razu...?" - pomyślałam.
Mówię pani w rejestracji z czym przychodzę, proponuje wizytę za miesiąc w innej filii tej przychodni (dwie ulice dalej), "No ale tam są 3 schodki w takim razie znajdziemy coś innego" - powiedziała wyprzedzając moje pyt. o bariery. "Wizyta za 3tyg tu na miejscu z tym że to będzie pan doktor - przeszkadza to pani?" Myślę - nie dość że na miejscu to jeszcze wcześniej a lekarz to lekarz co mi tam, dam radę - zapisujemy.

Dzień wizyty: kolejki zero, pani z rejestracji wita, wskazuje gabinet. Wywołana wjeżdżam do środka, mówię co i jak, wypełniamy kartę, wspomina o bad. jakie trzeba by zrobić: "Ale to ja pani na miejscu zrobię żeby nie fatygować tyle razy" - super... - i tak USG i Cytologia zrobiona za darmo i od ręki. Doktor S. Wskazuje miejsce, pyta czy sobie poradzę: "Może ja mogę jakoś pomóc? Albo poprosić pielęgniarkę?" - miłe zaskoczenie.
W czasie badania mówi co i po co robi trochę tak jakbym była u gin. pierwszy raz, ale to dobrze. Wszystko ze mną omawia, zapisuje na następną wizytę.
Siedziałam tam łącznie prawie godzinę, a mimo że był wieczór nikt mnie nie poganiał, a wręcz proponował, żeby załatwić wszystko za jednym zamachem. A doktor mężczyzna, był nawet lepszy od babki. Warto było poczekać swoje, gdzie indziej już nie pójdę... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz