Odkąd pamiętam w moim domu rodzinnym było "wierząco nie praktykująco". Owszem zostaliśmy z bratem ochrzczeni, posłani do komunii, ale na tym koniec. Gdy miałam 11 lat a rodzice się rozwiedli sprawa wiary była już wyłącznie moim interesem. Mama próbowała się odnaleść u Babtystów, Różokrzyżowców i mimo że do niczego nie namawiała, nie opowiadała - niesmaczne mi to było.
Potem miałam taki okres, że wierzyłam głęboko - oaza, spotkania formacyjne, myśl o studiach teologicznych - dobrze się z tym czułam - jednak gdy grupa się rozpadła i ja nieco przycichłam.
Bierzmowanie - po dużych przemyśleniach wybrałam patronkę. Matka się śmiała - Klara? to jakieś dziwaczne imię! (brat wybrał Bonawenturę - a z tego śmiechu nie było). Spotkania przed bierzmowaniem bez większego znaczenia - czułam się jak małpa w zoo - ja jedna chciałam coś stamtąd wynieść podczas gdy reszta "chciała tylko być dopuszczona".
Jak jest teraz? Owszem wierzę w Boga, ale do kościoła nie chodzę a modlę się tylko wtedy gdy czuję taką potrzebę, wyłącznie swoimi słowami bez "klepanek".
Od niespełna 6 lat żyję w związku niesakramentalnym i szczerze mówiąc nie czuję w tym nic złego choć ślub kościelny może się w planach pojawić. Mojej przyszłej teściowej nie mieści się w głowie moje mieszkanie z M., wspólna sypialnia i łóżko (ale to już na osobną notkę sprawa). Na samą myśl o naukach przedmałżeńskich niedobrze mi się robi zwłaszcza, że wiem na czym one polegają i nie mówię, że są złe - ale nie na dzisiejsze czasy, gdy antykoncepcja nie ogranicza się do małżeńskiego kalendarzyka, a mało która para nie współżyje przed ślubem, nie wspominając już o dzieciach.
Być może kiedyś będę starszą panią nie odsuwającą ucha od Radia Maryja, i nie wyobrażającą sobie dnia bez "wycieczki" do kościoła, ale póki co jest dobrze tak jak jest...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz